Poradnik (nie)przeciętnego wychowawcy

Według mnie dobrze działa model wychowanie przez działanie.

Nie krytykuj wyłącznie, ale wspieraj
Staram się stosować komunikaty wspierające, typu: Wygląda na to, że masz problem, że jesteś zły, zmartwiony itp. Następnie mówię: Pewnie znajdziesz wyjście z sytuacji, jesteś mądry, coś wymyślisz. Daję chwilę, i w 90% takich sytuacji dziecko podejmuje próbę rozwiąza- nia problemu. Jeśli dziecko nadal sobie nie radzi, deklaruję swoją pomoc. Podczas indywidual- nych rozmów uczę wyrażania emocji, gdyż zauważyłam, że dzieci nie umieją ich komunikować. Nadużywają wieloznacznych słów kluczy, typu: fajne, OK, to głupie. Aktywnie słucham moich uczniów, nie przerywam, choć czasem się nie zgadzam.
W piórniku dla przypomnienia noszę kartkę: 4 kroki, jak postępować, gdy ktoś powoduje moją złość (1. Udziel informacji, np. „rozmawiasz”. 2. Dodaj, jaki to ma wpływ na ciebie
– „rozmawiasz i nie mogę prowadzić lekcji”. 3. Przywołaj zaplecze – „Jeśli nie przestaniesz rozmawiać, to… 4. Zrealizuj zaplecze) oraz z przykładami wypowiedzi typu „ja”: „Ja czuję …, kiedy ty (co robisz?), ponieważ (podaję skutek, który to zachowanie na mnie wywiera)”, i tym podobne zdania, by jak najrzadziej zdarzyło mi się powielać stereotypowe napomnienia tworzące
jedynie barierę komunikacyjną.

Nie żądaj od siebie zbyt dużo…
Ostatnio, uczestnicząc w kursie e-learningowym Akademia Profesjonalnego Nauczyciela, dowiedziałam się, że jestem w grupie osób, które są zagrożone wypaleniem zawodowym. Ci, którzy pracują na pół gwizdka, nie są w grupie ryzyka, bo coś, co nigdy nie było zapalone, nie da się wypalić – to oczywiste. Biorąc więc na siebie kolejny, dziesiąty czy jedenasty konkurs, należy przemyśleć, czy jego realizacja nie odbędzie się kosztem rodziny, spotkania z przyjaciół- mi albo kosztem snu. A może to doskonały moment, by właśnie powiedzieć „nie”? Uczymy dzieci asertywności, więc sami też musimy umieć odmówić, gdy czujemy, że obowiązków mamy za wiele albo nam się zwyczajnie nie chce.
Nie żądaj od siebie zbyt dużo, ciesz się, gdy dzieciaki cię lubią, chętnie uczestniczą w zajęciach.  Gdy ktoś zdradzi ci swoją tajemnicę, opowie o problemie – potraktuj to jako coś wyjątkowego, nagrodę i motywację do dalszej pracy.
Dochodzę do wniosku, że nie każdy nauczyciel może być wychowawcą. Każdy może wypełniać dziennik, podliczać frekwencję, wypisywać świadectwa, czyli wypełniać część obowiązków, z których nikt wychowawcy nie zwolni, ale słowo „wychowywać” niesie ze sobą ważniejsze zadanie – odpowiedzialność za proces ukształtowania człowieka. I tu przechodzimy do ostatniego przykazania.

…Ani tym bardziej zbyt mało
Zrób wszystko, co w twojej mocy, by być najlepszym wychowawcą, z tytułem czy bez. Nieustannie się dokształcaj, nadążaj za nowościami i działaj, wiedząc, że największym wrogiem rozwoju jest nuda.
Wychowawstwa nikt nikogo nie nauczy. Każdy z nas przyszedł do szkoły jako specjalista w jakiejś dziedzinie: przyrody, matematyki, ale nikt nas nie uczył, jak być dobrym wychowawcą. Na kursach i warsztatach można podpatrzeć pewne sposoby i metody pracy z dziećmi, ale wycho- wawcą można się stać przechodząc szereg doświadczeń, często trudnych, z pewną ilością pora- żek i rozczarowań. Ja też nadal SIĘ STAJĘ, bo to proces ciągły i nieustanny, dopóki będą

przychodzić do szkoły nowi uczniowie i stawiać przed nami nowe wyzwania. Jedno jest pewne, nie będzie nudno.

„Specjalne podziękowania dla mamy, która przejęła większość obowiązków domowych, bym mogła realizować swoje szkolne pasje, mężowi za wsparcie w każdym działaniu, synkom, że chętnie biorą udział w moich projektach, psu, że jest.”

Ja, ty, on, my… MY WSZYSCY! NAUCZYCIELE, RODZICE…

Czy  chciałam  zostać  nauczycielem-wychowawcą?  Nie  jestem  pewna,  czy  chciałam, ale mam pewność, że dobrze się stało, bo… lubię to, co robię i ponoć dzięki temu nie mam powodu do narzekania na zmęczenie czy przepracowanie. A przecież nie zawsze jest łatwo, bo to ciągła praca z żywymi, rozwijającymi się, wymagającymi i tak różnymi „organizmami”, jakimi są nasi uczniowie-wychowankowie i ich rodzice. Jednak warto podejmować ten trud, bo chociaż bywa niezauważany, a niekiedy źle rozumiany, to często towarzyszy mu satysfakcja.

Zostałam nauczycielką nie mając 20 lat, dziś jestem nauczycielką z 28-letnim stażem pracy. Nauczanie i wychowywanie uczniów to naturalny i ciągły proces, który wraz ze zmienia- jącą się rzeczywistością stawia wciąż nowe wyzwania, wymaga wciąż nowego spojrzenia, nowe- go podejścia i zawsze współpracy z innymi nauczycielami, pracownikami szkoły i rodzicami uczniów.
Być dobrym wychowawcą – tego nie sposób się nauczyć, a jeśli nawet – zajmie to każde- mu z nas całe życie, a błędów i tak nie unikniemy. O tym trzeba pamiętać „wychowując zawo- dowo” lub też będąc rodzicem. Od moich własnych dzieci nauczyłam się bardzo wiele, to one w swoich opowieściach o szkole pokazywały mi, jak nas, nauczycieli, widzą uczniowie. Wiele ich radości i smutków nauczyło mnie wrażliwości, nie tylko jako kochającego rodzica, ale także jako nauczyciela, któremu zawsze zależało na każdym uczniu. Mimo że brzmi to bardzo górno- lotnie,  jest  szczere.  Nie  wiem,  czy  moi  uczniowie  zawsze  to  widzieli,  ale  mam  nadzieję, że zgodzą się z tym, że starałam się, by tak właśnie było.
Moje dzieci i moi uczniowie mieli ogromny wpływ na to, kim dzisiaj jestem i jakim jestem pedagogiem. Jak każdy, nie zawsze mam z górki, niekiedy bywa trudno, ciężko, czasami łatwiej, miło, spokojnie – różnie, jak to w życiu. A kiedy robi się coś ważnego, sukcesy uskrzydlają, a z trudnościami trzeba uczyć się walczyć.
Błądzić jest rzeczą ludzką, ale nie wolno nam nie naprawiać własnych niewłaściwych zachowań, decyzji, nie wolno nie poprawiać wypowiedzianych czy napisanych słów, które skie- rowane  zostały  do  dziecka,  młodzieży,  w  ich  obecności  lub  pod  ich  bacznym  okiem.

zacząć od nowa, zrobić, nauczyć się, być, towarzyszyć, zaakceptować, zrozumieć czy najzwy- czajniej w świecie podziękować lub poprosić. Czy to jest łatwe? Z pewnością nie, ale warto!!! Zawsze,  a  może  zwłaszcza  dzisiaj,  kiedy  tak  bardzo  brakuje  nam  czasu,  sił,  a  bywa, że i cierpliwości, by rozwiązywać trudne sprawy z należytą delikatnością. Ale czas i dobroć to moim zdaniem elementy, które zawsze powinny być obecne w relacjach z młodym pokole- niem. To nie jest proste, ale kwestie ważne, najważniejsze są trudne, wymagają wiele wysiłku, jednak przynoszą przecież tak oczekiwane, dobre, a bywa, że wspaniałe efekty. Choć niejedno- krotnie na rezultaty czekamy długo, niekiedy są mało zauważalne, ale zawsze są!

Szacunek
Szacunek to wartość, która ostatnio uległa nieco dewaluacji, więc tym bardziej przykładaj- my do niego wielką wagę. To jedno z uczuć, którym darzymy drugiego człowieka, tego młodego i starego, także i tego w średnim wieku… Szacunek mamy do osób dla nas ważnych, do osób, które nam imponują, które dokonały czegoś wielkiego, od których zależymy służbowo, material- nie.  Ale  dlaczego  nie  wszyscy  szanujemy  tych  małych,  młodych,  którzy  zależą  od  nas (i my od nich też)?
Powodów jest pewnie wiele, choć żaden nie jest przekonujący. Na nasz szacunek zasługu- je każdy! Mimo że jego zachowanie bywa niewłaściwe, a nawet naganne. Potępiajmy wtedy, ale zachowanie – nigdy człowieka!
Zwracajmy się do uczniów po imieniu. Nie wolno inaczej, chyba, że uczeń ma miły dla ucha,  lubiany  (koniecznie  przez  niego  samego)  pseudonim  i  godzi  się  na  to,  by  używać go zamiast imienia np. na wycieczce, na zajęciach popołudniowych. Nie mówmy po nazwisku, nie używajmy przezwisk, które, nawet jeśli naszym zdaniem nie są obraźliwe, mogą sprawiać przykrość lub źle się kojarzyć.
Szacunek, jaki mam do uczniów i ich rodziców, jest naturalnym elementem naszych rela- cji. Jest szczery, autentyczny, zwłaszcza jeśli dotyczy sytuacji trudnych, z którymi rodzice nie mogą sobie sami dać rady lub są dla nich krępujące czy wręcz wstydliwe. Wymaga to ode mnie, nauczyciela,  szczególnego  taktu  i  wyczucia. Aby  być  pomocnym,  musimy  mieć  szacunek do każdego człowieka i każdej jego sprawy.

Sprawiedliwie, nie znaczy równo
My dorośli pewnie to wiemy, ale uczniowie, dzieci często pojmują sprawiedliwość jako równość w traktowaniu, podejściu, wymierzaniu nagród i kar, w okazywaniu zainteresowania, w okazywaniu uczuć. A więc – pilnujmy się. Dzieci na naszym przykładzie budują sobie obraz relacji międzyludzkich. Starajmy się wyjaśniać nasze zachowania wobec innych. Pokazujmy, że nie zależą one od tego, kto coś zrobił, ale od tego, co zrobił, jak postąpił, udowadniajmy, że nasze oceny zdarzeń są nie tylko wynikiem dobrego czy złego humoru. Starajmy się też zrozu- mieć innych (choć nie zawsze musimy ich tłumaczyć), by traktować ich równo na tyle, na ile jest to możliwe.
Jesteśmy „pod ostrzałem” naszych uczniów, zwłaszcza jeśli sprawy dotyczą tzw. pupilków, uczniów wzorowych, zawsze nienagannych, którym coś przydarzyło się incydentalnie. Musimy wtedy być zasadniczy i sprawiedliwi, bo tylko wtedy będziemy wiarygodni.   Normy, które

wpajamy naszym uczniom, będą miały sens, kiedy będziemy równo traktować wszystkich, zawsze i mimo wszystko, bez wyjątków.

Nagroda –kara
Wrócę jednak do kar i nagród, które już z założenia są niewłaściwe, lepiej jest zamienić je na konsekwencje i korzyści, których doświadczy nasz uczeń. Prościej jest postawić ocenę naganną z zachowania, wpisać uwagę do dziennika, zawiesić w prawach ucznia, niż konsekwen- tnie tłumaczyć młodemu człowiekowi, że każde uchybienie, złe zachowanie, niskie oceny bezpośrednio dotykają jego samego. To one będą miały na jego życie mniejszy lub większy wpływ, niestety niekorzystny. Młody człowiek musi zrozumieć, że jego życie zależy przede wszystkim od niego. Nauczyciel jest tylko doradcą. Podobna sytuacja jest z nagrodami, są OK, ale pod warunkiem, że celem nie było otrzymanie oceny celującej czy wzorowej z zachowania, lecz to, co dziecko osiągnęło, tj. korzystny wynik meczu, dobrze napisany sprawdzian, pomoc koledze i wiele innych „dobrych uczynków”. Dajmy naszym uczniom możliwość brania życia we własne ręce, bo to ich życie, które z każdym dniem powinno być coraz bardziej świadome i odpowiedzialne. My im tylko podpowiadajmy, jak postępować, jeśli źle czynią, bądźmy radoś- ni, kiedy odnoszą sukcesy.

Poczucie humoru – coś wspaniałego!
To jedyne, czego można innym zazdrościć. Niektórzy z poczuciem humoru się rodzą, inni je w sobie wypracowują, ale są też i tacy, którzy żyją bez niego i nie wiedzą, ile tracą. I oni, i ci, których mogliby swoją radością życia „poczęstować”.
Lubimy przebywać w towarzystwie ludzi autentycznie, nieudawanie pogodnych i uśmiech- niętych. Czy ci ludzie żyją bez trosk? Oczywiście, że nie, bo życie niesie wiele trudów i rozterek, a one nikogo nie omijają. Pogoda ducha w sytuacjach kłopotliwych sprawia, że łatwiej nam przez nie przejść, łatwiej je załagodzić, naprawić czy po prostu – przeżyć. Dowcip i humor na moich lekcjach są koniecznością, bo wtedy nawet trudna lekcja pomaga uczniowi w przyswojeniu wia- domości  –  w  zabawnej  scenerii  jest  to  łatwiejsze.  Pamiętam  o  tym  i  często  wykorzystuję na lekcjach przyrody żart, śmieszne słówko, dowcip, wesołą opowieść. Bądźmy radośni, miejmy poczucie humoru i dystans do siebie, tak ważny w relacjach z młodym człowiekiem. Uczmy się od naszych uczniów czerpania radości z drobiazgów i wzajemnie się nią obdarzajmy.

Każdy z nas ma talent
Mamy wiele talentów. Potrafimy recytować, śpiewać, rysować, szybko biegać, pysznie gotować, dokładnie sprzątać, wysłuchać czyichś trosk, negocjować, matematyka to dla nas pest- ka, nie robimy błędów ortograficznych, wszystko wiemy o egzotycznych gadach, łatwo zapamię- tujemy daty, taniec to dla nas nie tylko ruch, rośliny pod naszą opieką rosną w mgnieniu oka itp. Nie wszystkie talenty posiada jedna osoba. Nie jest ważne, by mieć ich wiele, ale by je w sobie odkryć i pracować nad ich rozwijaniem. Uczeń z wysoką średnią ocen najczęściej ma większe poczucie własnej wartości, łatwiej jest mu uwierzyć we własne siły i w to, że w przyszłości
„będzie kimś”, że zdobędzie dobry zawód i będzie dostatnio żył. Codzienność wymaga wielu umiejętności, choć rzadko je w sobie zauważamy i doceniamy, a przecież nie zawsze są wyni- kiem tylko edukacji.

hydraulika „złotej rączki” nie wymagamy fakultetów, ale tego, żeby zadanie mu powierzone wykonał „cudownie”, i wierzymy, że tak właśnie będzie, bo on ma talent, który rozwija, który dał mu sławę i często wysokie zarobki. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że fakultety w niektórych zawodach nie są potrzebne, o nie! Chcę jednak uzmysłowić, że uczniowie, którym nauka sprawia więcej trudności, także posiadają wiele predyspozycji, które dzięki nauczycielom mogą odkryć i rozwinąć! Tu rola wychowawcy jest kluczowa, to on ma pomóc, ukierunkować, wskazać drogę, podtrzymać, zapobiec zniechęceniu.
Na początku mojej pracy zawodowej byłam wychowawcą klasy tzw. wyrównawczej, trud- nej zarówno pod względem pracy dydaktycznej, jak i wychowawczej, ale za to sympatycznej i ze wspaniałymi, pełnymi zaufania i chętnymi do współpracy rodzicami. Kiedy dzisiaj spotykam swoich byłych wychowanków, którzy nie wznieśli się na wyżyny edukacji, ale jako dorośli dobrze radzą sobie w życiu, pracują, założyli rodziny i są dobrymi ludźmi, widzę, że różne drogi życiowe mogą prowadzić do szczęścia i samorealizacji. A więc do dzieła, odkryjmy to, co już
mają nasi uczniowie!

Świętowanie – coś miłego
Wszystkie ważne sprawy „doprowadzone do końca” zasługują na radośnie spędzony czas. W jaki sposób? Taki, by sprawił przyjemność! Po co? By docenić wysiłek, po prostu cieszyć się z dokonania – i już!  To ważna odskocznia od szarej szkolnej codzienności. Moi uczniowie sami podpowiadają formę celebrowania. Może to być lekcja wychowawcza w terenie, słodkości, które zawsze dodają energii, nadprogramowa dyskoteka, humorystyczny filmik lub oklaski dla ucznia za jego pracę na lekcji. Bo każde, nawet najmniejsze dokonanie powinniśmy odbierać jako sukces i ważne, by znowu się chciało, by chciało się chcieć! A kiedy świętować? Często. Jak najczęściej! Kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja! Uczniowie czekają na te momenty, bo one dają chęć do podejmowania nowych wyzwań i siłę do kolejnego wysiłku.

Intuicja
Szósty zmysł. Czy każdy posiada intuicję? Jestem niemal pewna, że większość nauczycie- li ją ma, choć nie wszyscy z niej korzystają, a warto! Oczywiście nie mówię tu o czarnowidztwie, ale o przeczuciu, które często kieruje nas w tę czy w inną stronę, podpowiada, co warto wziąć pod uwagę, zwłaszcza jeśli chodzi o naszych wychowanków. W pracy nauczycielskiej nigdy nie spotkamy się z identycznymi sprawami, te na pozór podobne też wymagają od nas innego podej- ścia i zaangażowania. Wielokrotnie nie tylko gruntownej wiedzy pedagogicznej, ale także indy- widualnego podejścia i intuicji, by właściwie je rozwiązać. Nie bójmy się jej zaufać. Dlaczego i kiedy? To już ona sama nam podpowie.

Kontrola i zaufanie – one się nie wykluczają
Dlaczego kontrola? Bo dziecko musi się nauczyć przestrzegania ustalonych reguł, punktu- alności,  prawdomówności,  a  tylko  nadzór  nad  dzieckiem  da  nam  pewność,  że  można  dać mu więcej swobody.
Dlaczego zaufanie? Bo ono pomaga dorosnąć i brać odpowiedzialność za własne czyny. Dziecko musi pamiętać, że na zaufanie nauczyciela trzeba zapracować i nie można go zawieść.

Korzyści są nie do przecenienia dla dziecka i dla nas, nauczycieli i wychowawców.
Ostatnia klasa, której byłam wychowawczynią, z każdym miesiącem naszej współpracy utwierdzała mnie w przekonaniu, że zaufanie, którym ją obdarzam, przynosi wspaniałe efekty. Powierzałam moim uczniom coraz trudniejsze zadania, zgodnie z predyspozycjami, zaintereso- waniami, a kiedy nie zgłaszali prośby o pomoc, wiedziałam, że dają radę, ufałam i nigdy mnie nie zawiedli. Ja mogłam wtedy „odpuścić”, zająć się tym, co wymagało mojej interwencji. Ufałam, ale oni i tak wiedzieli, że mam kontrolę nad każdą sprawą. To dawało im poczucie bez- pieczeństwa, a zarazem pomagało rozwijać się i stawać coraz bardziej twórczymi i odpowiedzial- nymi. Byłam i jestem z nich dumna.

Towarzystwo
Społeczność szkolna, klasowa, koledzy i koleżanki z klubu czy z zajęć pozalekcyjnych to ogromna siła, która działa z wzajemnością na nasze dzieci, naszych uczniów. Nie można prze- chodzić obok niej obojętnie, bo „z kim przestajesz, takim się stajesz” – stara prawda, jej oczywi- stość zauważamy codziennie. Grupa rówieśników i przyjaciół często ma większy wpływ na młodego człowieka niż autorytet rodzica czy nauczyciela. Dlaczego tak jest? Ponieważ młodzież ma wiele cech wspólnych, wiele podobnych rozterek i problemów, wspólnych celów, podobnie przeżywa pierwsze uczucia i związane z nimi radości, załamania i zawody, doznaje podobnych uczuć związanych z przyjaźnią, jej brakiem lub zdradą. Wszystko to sprawia, że młodzi ludzie tak silnie identyfikują się z rówieśnikami, tak silnie oddziałują na innych, i tak silnie poddają się ich działaniom. Trzeba brać to pod uwagę i mieć kontrolę nad znajomymi i przyjaciółmi młode- go człowieka. Dbać o to, by grono znajomych, zazwyczaj o różnym temperamencie, charakterze, zdolnościach i zamiłowaniach, z rodzin o różnym statusie społecznym, różnych zasobach mate- rialnych i celach życiowych miało właściwy wpływ na młodego człowieka, a także, by on sam właściwie oddziaływał na swoich przyjaciół. By te interakcje sprawiały, że dziecko się rozwija, wyznacza sobie cele i realizuje je. Dziecko musi wiedzieć, że zawsze i mimo wszystko zechcemy mu pomóc, bo bardzo nam na nim zależy. Możemy myśleć, że to rola rodziny, to prawda, ale często, będąc wychowawczynią, pierwsza zauważałam niepokojące zmiany w młodym człowie- ku, zachodzące pod wpływem kolegów czy koleżanek. Wówczas ścisła współpraca z rodzicami ucznia może przynieść oczekiwany rezultat.

Idol, mój guru!
Młodemu pokoleniu warto podsuwać właściwe wzorce, osoby warte podziwu, do których chcieliby się zbliżyć, które chcieliby naśladować. Dobrze, by były w zasięgu zdolności naszego dziecka czy ucznia: sportowiec, tancerz, aktor, pilot, naukowiec, architekt, strażak, genetyk, policjant, kierowca. Może to być osoba powszechnie znana, pełna energii i entuzjazmu – podno- śmy jej walory, dobre cechy, inspirujmy w ten sposób do właściwego zachowania i dobrych ocen. Często  do  szkoły  zapraszam  ciekawe  osoby,  które  swoimi  dokonaniami,  swoim  hobby, pasją pociągają młodzież do działania i rozwoju. Pomaga to w rozwijaniu zdolności i odnajdy- waniu przyjemności w stawaniu się podobnym, choć innym – ta inność to wielka sprawa, bo przecież uczeń może prześcignąć mistrza! Kibicujmy mu. Pewnie, że idoli, gdy jest się mło- dym, można mieć wielu, ale to tylko dowodzi, że nasze dziecko zmienia się, dorośleje, a przecież o to właśnie chodzi.

bójmy się wtedy prosić o pomoc. Jest przecież tylu wykwalifikowanych pedagogów, psycholo- gów, terapeutów, którzy służą fachową pomocą. Nie jest to oznaką słabości, ale troski o przy- szłość młodego człowieka. Wspólne oddziaływanie domu i szkoły da lepszy, a nawet bardzo dobry i szybki efekt. Szukajmy sojuszników w walce z trudnościami.

A co z innymi?
Czy powinniśmy uczyć dzieci empatii, otwarcia na innych i na ich potrzeby? Odpowiedź jest jedna: TAK. Potrzebujących jest wielu. Są chorzy, biedni, starzy, zagubieni, poszkodowani w różny sposób przez innych lub przez życie, niezaradni, odrzuceni, zabiegani. Możemy zawsze powiedzieć, że nam też brakuje czasu, pieniędzy, zdrowie już nie jest najlepsze, niedawno nas okradziono, ale czy to nas zwalnia z niesienia pomocy? Odpowiedź i tym razem jest jedna: NIE. Uczmy naszych podopiecznych wrażliwości, podsuwajmy pomysły, pokazujmy, jak ulżyć tym wokół nas, którym jest gorzej niż nam, tych, którym możemy pomóc. Sposobów jest wiele, tak jak wielu czekających na dar serca. Aby być skutecznym w tej edukacji i wychowaniu, bądźmy sami przykładem. Kiedy przykład będzie prawdziwy – porwie młodzież do działania. W mojej szkole jest wiele akcji charytatywnych, uczniowie chętnie w nich uczestniczą, ale dostrzegam też, że obserwują nas – nauczycieli. Wiem, że muszę im pokazać, że też dostrzegam potrzeby innych i wyciągam pomocną dłoń nie po to, żeby się pochwalić, jaka jestem dobra, ale po to, żeby być wiarygodną.
Pragnę dodać, że z byłymi wychowankami mam wciąż bardzo dobre relacje. Spotykamy się w dużym gronie, by powspominać, pochwalić się dokonaniami, podzielić przemyśleniami i powiedzieć o planach na przyszłość. Jest to wspaniale spędzony czas, który ubogaca, mam nadzieję, wszystkich nas. Spotkania przypadkowe też sprawiają radość, wtedy uśmiech i krótka wymiana zdań sprawia, że wciąż znamy siebie nie tylko z widzenia…
Akceptujmy nasze dzieci takimi, jakie są, pomóżmy im czerpać z ich własnych możliwości i osiągnąć, ile tylko mogą!

„Porzućmy wszelką nadzieje na zmienianie innych. Zmieniajmy się sami, by żyć lepiej, sensowniej, bardziej świadomie”.

(Wojciech Eichelberger)

Pedagogiem być…
Z zawodem nauczyciela jest podobnie jak z kawałami o blondynkach. Mówi się o nega- tywnej selekcji do zawodu, nieudacznikach, frustratach, którzy nie dostali innej pracy i muszą pracować w szkole. O leniach, pracujących jedynie kilkanaście godzin tygodniowo, którzy mają najdłuższe, niezasłużone urlopy, czy też niedoukach o władczych skłonnościach, odczuwających satysfakcję wstawiając kolejną jedynkę do dziennika. Media bardzo chętnie pokazują wszystkie wpadki i nieudolność polskiej szkoły i nauczycieli, promując tym samym „zakładanie koszy” na głowę i inne negatywne zjawiska, a pomijają wszystkich tych, którym praca sprawia wiele satysfakcji, przynosząc równocześnie efekty. Nauczyciele zatem, podobnie jak „blondynki”, przez sporą część społeczeństwa postrzegani są stereotypowo!!!
Gdy przed kilkoma laty rozpoczynałam pracę w szkolę, bliscy i znajomi mówili: „Ciepła posadka, fajny etacik, odsiedzisz swoje i z głowy”. Takie mieli zazwyczaj skojarzenia związane z osobą pedagoga szkolnego! Od kilku lat obalam ten smutny i, jak się okazuje, powszechny stereotyp. Myśląc o swoim gabinecie i trybie pracy, przychodzi mi na myśl raczej fotografia z lotniska międzynarodowego!
Należę do tej grupy osób, której los ofiarował wielki dar, jakim jest wykonywanie pracy, która sprawia przyjemność. Z czasem wykonywanie zawodu pedagoga stało się moją pasją, cią- głym wyzwaniem i nieustającą podróżą w nieznane. Podróżą, o której mogłabym rozprawiać bez końca. Pasją, którą zaraziłam się i zarażam innych. Inspiracją, którą są moi uczniowie, rodzice,

osobiste „pedagogiczne abecadło”.

A … autentyczność zamiast hipokryzji
Kilka dni temu maszerowałam ze swoim wychowankiem Erykiem warszawską ulicą. Dźwigaliśmy zakupione do zajęć materiały i dyskutowaliśmy sobie luźno o szkole. Dyskusję przerwała mijająca nas kolumna poważnie wyglądających limuzyn, z przyciemnionymi szybami, na sygnale. Gdy przejechała, po chwili ciszy Eryk, wskazując na oddalające się limuzyny powie- dział: „Przecież to hipokryci”! Niesamowicie zabrzmiały takie słowa w ustach tak młodego człowieka. Stanowiły doskonały pretekst do dyskusji na temat hipokryzji w ogóle. Chętnie słuchałam jego argumentów, obserwowałam jego zaciekawienie tematem. Byłam zdumiona dojrzałością wypowiedzi i jego wrażliwością społeczną. Powiedziałam wtedy na koniec: „Stajesz się powoli dorosłym człowiekiem, Eryku”.
Praca pedagoga, którą wykonuję, jest moją pasją, dlatego nie mam większego problemu z byciem autentyczną. Z pełnym przekonaniem robię to, co robię, i angażuję w swoje działania uczniów. Towarzyszy mi wiara, że wszystko, co robimy, przydaje się uczniom, pomaga im w czymś. Staram się nie głosić poglądów, maksym, idei i zasad, których nie czuję, do których nie jestem przekonana, a które bywają powszechne, a na dodatek akceptowane. Nie wydaję sądów i nie zamierzam reformować młodzieży. Zazwyczaj przychodzi mi pracować z już ukształ- towanymi osobami, kiedy powiedzenie „bo tak”, „bo tak wygląda świat, a nie inaczej” lub
„ja mam rację” – to słowa niewystarczające. Swoją postawą, działaniem czy angażowaniem się w różne przedsięwzięcia przedstawiam im swoje stanowisko, wskazując jedynie różne drogi, pomysły i rozwiązania. Ja nie zmienię moich uczniów, zmieniać mogą się tylko sami. Autentyczność to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o swoich relacjach z uczniami. Po rozmowie z Erykiem pomyślałam sobie, że nie chcę, by kiedyś moi uczniowie powiedzieli do mnie: „Jest pani hipokrytką!”.

Aa… autorytet, choć wolę słowo „mistrz”
W pierwszym tygodniu pracy w szkole pewna stateczna nauczycielka, dziś bratnia dusza, Ula, wyprowadziła mnie za kołnierz z pokoju nauczycielskiego z pytaniem: „Czego tu szukasz, dziewczynko?”. To było dawno temu…
Autorytet to chyba jedno z najczęściej używanych i najbardziej wyświechtanych słów w szkole. Przebrzmiałe, nudne, a nawet archaicznie, na opak rozumiane.
We współczesnej szkole autorytet nie jest już z góry przypisany nauczycielowi. Na uzna- nie, autorytet każdy z nas pracuje siedem dni w tygodniu. Świadczy o mnie to, jakim jestem człowiekiem, jaki mam stosunek do świata i innych, jak realizuję swoje obowiązki czy pasje zawodowe. Bycie sobą i dzielenie się sobą, autentyczne zainteresowanie drugim człowiekiem, gotowość do poświęcenia mu swojego czasu i uwagi, a także prawo do błędu, niedoskonałości
– to wszystko mieści się dla mnie pod pojęciem autorytetu, choć nie lubię tego słowa i z chęcią zastępuję je słowem „mistrz”. O tym, czy ma się autorytet bądź czy jest się autorytetem, decydu- ją uczniowie. To oni najlepiej wiedzą, „jak się to robi”.
Myślę, że istotne jest, aby mieć autorytet.  Tak się cudownie ułożyło, że w tajniki zawodu pedagoga wprowadzali mnie bardzo dobrzy i mądrzy ludzie. Obserwując ich pracę, relacje

z uczniami, zaangażowanie, dyskutując na wiele tematów, w naturalny sposób podpatrywałam i wybierałam dla siebie takie zawodowe „perełki”. Moim mistrzem, nie tylko na płaszczyźnie zawodowej, była i jest Krysia Lirska – wspaniały pedagog, bliski współpracownik i przyjaciel, człowiek naprawdę wielkiego formatu. Przez kilka lat wspólnej pracy bardzo dużo się od niej nauczyłam. Dała mi mnóstwo swobody zawodowej, dzięki której mogłam się rozwijać i realizo- wać swoje pomysły, inspirowała mnie do wielu działań. Zawsze służy radą i wsparciem. I choć dzieli nas ponad 20 lat różnicy wieku, dla mnie to bardzo ważna i jedna z najcenniejszych relacji w życiu.
Natomiast sama chciałabym mieć takiego nauczyciela, jakim jest Ela Jaworska. Wtedy zapewne byłabym orłem z matematyki. Współpracując z nią od lat jestem pewna, że zgłębiła całą wiedzę i umiejętności „jak być dobrym nauczycielem”. Tak naprawdę to brakuje mi słów, aby określić swój stosunek do niej, podziw dla jej zapału i wytrwałości. Pamiętam, jak kiedyś podczas luźnej rozmowy o życiu powiedziała: „Życie to nie próba”. Pomyślałam sobie: „Stary belfer! Przeżyła wszystko i mądrzy się, wydaje sądy”. Miałam taki opór wobec tych słów i takiej postawy, że hej! Upłynęło trochę czasu i przyznałam jej rację. Ela należy do grona tych osób, które stale towarzyszą mi w tym moim „pedagogizowaniu”. Wspierają, motywują do działań, podają rękę, wyciągają z przejściowego marazmu, gdy się odechciewa, podnoszą poprzeczkę, wspólnie przeżywają i cieszą się z sukcesów, po prostu są. Reasumując, lepszy dobry przykład niż długi wykład.

B… budowanie relacji to fundament mojej pracy
Budowanie pozytywnych relacji z uczniami czy z ludźmi w ogóle to zapewne najważniej- sza umiejętność w pracy nauczyciela, pedagoga, doradcy. Umiejętność, bez której ani rusz. To właśnie ona ma bezpośredni wpływ na efekt mojej pracy oraz na moje zadowolenie z niej.
Jednak gdy ktoś zadaje mi pytanie: „Jak ty to robisz?” – odpowiedź mam zawsze jedną:
„Nie mam zielonego pojęcia!”. Wydaje mi się zawsze, że „to” dzieje się samo, naturalnie, bez mojej specjalnej ingerencji, choć często rozmawiam z uczniami na temat relacji. Kiedyś, gdy prowadziłam z uczniami zajęcia właśnie na temat budowania dobrych relacji w szkole, jeden z  uczniów  powiedział  mniej  więcej  tak:  „Kumpli  mam  wszędzie,  ja  kolegów  nie  szukam. Ja szukam mądrego dorosłego”. Bardzo mi się spodobała ta wypowiedź i często się do niej odwo- łuję, bowiem właśnie te słowa chyba najtrafniej określają moją relację z uczniami. Ja jestem pedagogiem, oni uczniami. Nie mówią do mnie na „ty”, ponieważ nie mamy takiej potrzeby i nie bardzo wiem, czemu miałoby to służyć?! Zmniejszyłoby dystans? Być może, ale myślę że sztucz- nie, bo granice i tak ustalamy sami, ja i oni. Każdy z nas ich potrzebuje. Każdego dnia staram się towarzyszyć  moim  uczniom  i  wychowankom  w  trudnym  okresie  wchodzenia  w  dorosłość. To fascynujące uczucie wprowadzać nowe osoby w dorosłe życie, dojrzewać z nimi ciągle od nowa. Wciąż zauważam coś wyjątkowego. Tak naprawdę sam fakt, że jestem w tym czasie z moimi uczniami, czyni moją pracę, a przede wszystkim naszą relację – wyjątkową.
Gdy jest taka potrzeba, wspieram, doradzam moim dzieciakom. Bywają momenty, że trak- tuję ich „ostro”, skarcę za bezsensowne zachowanie. Jestem nie tylko po to, aby uczniowie wypłakiwali mi się w rękaw, ale przede wszystkim po to, aby cieszyć się razem z nimi, gdy są szczęśliwi, podnosić poprzeczkę, aby się rozwijali, dostrzegać sukcesy. Po to, aby chodzić wspólnie do teatru czy na wystawę, pojeździć rowerami czy połazić po górach. Staram się być,

o ile sobie tego życzą, tuż obok. Spędzam z moimi uczniami bardzo dużo czasu i wierzę, że to zaprocentuje. Nie tylko bowiem oni uczą się ode mnie, ale ja uczę się od nich i dzięki nim wciąż poznaję samą siebie.

C … celebrowanie małych i dużych świąt
Wśród wszystkich dni w roku jest zawsze kilka wyjątkowych. To różne święta, urodziny, imieniny, dni z małymi i większymi sukcesami. Bardzo lubię właśnie w takie dni przypominać moim  wychowankom,  współpracownikom  czy  najbliższym,  jak  bardzo  są  dla  mnie  ważni i wyjątkowi. Zawsze staram się przygotować jakąś małą niespodziankę. Niektórzy moi uczniowie nie mają rodziny lub bliskich, wychowują się w niesprzyjających warunkach. Przygotowanie dla nich niespodzianki to dla mnie i moich uczniów podwójna radość. Przypomina mi się zasko- czenie i wzruszenie Włodka – ucznia nietuzinkowego i bardzo wrażliwego. W dniu jego 18-tych urodzin wkroczyliśmy do klasy z tortem urodzinowym i podczas lekcji języka polskiego odśpiewaliśmy  mu  „sto  lat”  tak,  że  słyszała  nas  cała  szkoła.  Byliśmy  jedynymi  osobami, które w tym dniu o nim pomyślały. To było tak niewiele, a jednak „całe mnóstwo” dla tego młodego człowieka.
Kiedyś zorganizowałam ze swoimi wychowankami Dzień Mamy. Ja biegałam z kamerą i przeprowadzałam wywiady z dzieciakami, zadając im pytania, które związane były z mamami. Na koniec wywiadu każdy składał swojej mamie osobiste życzenia. Nie było łatwo, gdyż musia- łam oswoić ich z kamerą, namówić do publicznej wypowiedzi, czego nastolatkowie raczej nie lubią, sprowokować ich do opowiedzenia o swoich uczuciach, o swoich, często niełatwych, relacjach z matkami. Przy nagrywaniu świetnie się bawiliśmy, wygłupialiśmy, a nawet wykłóca- liśmy o różne szczegóły dotyczące filmu. Dzieciaki przygotowały dla swoich mam zaproszenia i specjalne, zabawne laurki.  Dzień przed spotkaniem zabraliśmy się za wypiek ciasteczek, które serwowane  były  na  uroczystości.  Na  początku  powiedziałam  gościom,  że  muszą  obejrzeć bardzo ważne nagranie. Bardzo żałowałam, że nie miałam wtedy kamery i że nie mogłam zare- jestrować tego wszystkiego, co się wydarzyło. Niektórzy po raz pierwszy od bardzo długiego czasu wyrazili głośno swoje uczucia do mam. Organizacja tej uroczystości po raz kolejny uświadomiła mi, jak ważne dla dzieciaków są relacje z rodzicami i jak bardzo istotna jest współ- praca wychowawców z domem. To także dowód na to, że jeśli naprawdę się chce, z dzieciakami w każdym wieku można zorganizować każdą imprezę.
W  ubiegłym  roku  szkolnym,  żegnając  swoją  klasę  wychowawczą,  przygotowałam dla każdego ucznia dyplom z tytułem „Superabsolwent 2010 roku”. Każdy dyplom zawierał zdjęcie ucznia, „osiągnięcia pół żartem, pół serio” i moje życzenia na dalsze życie, dla każdego indywidualnie. Bywam na ich ślubach, chrztach dzieci czy innych ważnych uroczystościach. I pomimo młodego wieku, jestem już kilkukrotną „szkolną babcią” dzieci moich wychowanków

D… działanie – moja forma aktywności pedagogicznej
Nauka i wychowanie poprzez działanie to, moim zdaniem, jedno z najskuteczniejszych, a jednocześnie najciekawszych podejść w pracy z młodymi ludźmi. Jestem zwolenniczką war- sztatowych metod pracy, aktywizujących jak największą liczbę uczniów. W ten właśnie sposób realizuję większość swoich zajęć. Oczywiście wymaga to uprzedniego przygotowania, także

różnych pomocy, materiałów, sprzętu, co nie każdy lubi. Wbiegam więc do klasy obładowana, czym tylko się da. Zdarza się, że po piętnastu minutach tak się zapracujemy i zagadamy, że zapo- minamy o całym świecie. Nie raz przychodzący na kolejną lekcję nauczyciel musiał nas „prze- pędzać” z sali. Od kiedy zaangażowałam się w realizację dużych programów edukacyjno-wycho- wawczych, coraz częściej wykorzystuję metodę projektu. Przyznam, że z początku nieco mnie to przytłaczało. Olbrzymi zakres zadań i zagadnień do realizacji. Nie bardzo wiedziałam, jak to  ugryźć.  Dużo  nauczyłam  się  od  innych.  Czerpałam  inspirację  zarówno  od  rodzimych, jak i europejskich czy światowych praktyków. Obecnie, realizując kolejne projekty, staram się wyciągać wnioski do dalszej pracy, obserwować, co było dobrym posunięciem, a co zbytecznym działaniem. Uważam tę metodę za skuteczną i przynoszącą dobre efekty w pracy z młodzieżą. Kolejne  projekty  konstruowane  są  tak,  aby  to  uczniowie  byli  ich  głównymi  realizatorami. Ja pełnię wówczas rolę doradcy lub mentora. Dzięki projektom udaje się połączyć umiejętności uczniów, ich zainteresowania oraz wiedzę. Zazwyczaj zaangażowani są w pracę nad projektami w różnym zakresie, w zależności od gotowości do wykonywania zadań, czasu, podziału i zakre- su obowiązków. Jednak to zawsze oni sami określają poziom swojego zaangażowania, przez co czują się za nie odpowiedzialni. Taka praca i nauka przynosi nie tylko efekty, ale przede wszystkim sprawia nam wszystkim wiele radości.

K … konsekwencja to wymagania
Tuż obok autentyczności najważniejsza w wychowaniu i w każdej relacji z drugim człowiekiem jest dla mnie konsekwencja. Jeśli coś obiecam, to robię to. Staram się nie składać obietnic, z których nie będę mogła się wywiązać. Młodzież bardzo tego pilnuje, ale to dobrze. Dzięki temu przekonuje się, jak ważne są „tylko” słowa. Uczy się konsekwencji i odpowiedzial- ności za podejmowane działania.
Konsekwencji nauczyła mnie mama. Gdy dorastałam, dawała mi dużo swobody. Pozwalała samodzielnie dokonywać wyborów. Zawsze, po rozmowie i przedstawieniu swojego stanowiska, mówiła: „Wybór należy do Ciebie. Pamiętaj również o tym, że konsekwencje swoich wyborów ty będziesz ponosić osobiście”. Na początku bardzo mi się to podobało. Nie było zakazów i nakazów, miałam wybór. Dość szybko jednak zauważyłam, że nie jest to wcale takie łatwe! Szczególnie ponoszenie konsekwencji. Dziś doceniam tę maminą naukę. Dzielę się nią z innymi, a przede wszystkim z moimi wychowankami, których ktoś wciąż stale wyręcza i za których wciąż inni podejmują decyzję.
Konsekwencja to nie tylko wymagania stawiane uczniom i ich egzekwowanie, ale to rów-
nież wymagania, które sama sobie stawiam w relacji z drugim człowiekiem.

O … otwartość – o mierzeniu niejedną miarką
Otwartość  to  kolejna,  istotna  dla  mnie  cecha  komunikacji.  Postrzegamy,  odbieramy i oceniamy otaczającą nas rzeczywistość zazwyczaj „własną miarką”. Z perspektywy naszego wychowania, doświadczeń, osobistych przeżyć. Choć jest to całkowicie naturalne, nie znaczy, że zawsze słuszne.
Otwartość to dla mnie umiejętność i sztuka zarazem, którą stale zgłębiam i doskonalę. To umiejętność wyjścia z własnego, jedynego i „słusznego” widzenia świata i podjęcie próby patrzenia na świat oczami drugiego człowieka, ucznia czy rodzica.

Otwartość oznacza dla mnie akceptację dla inności. Dla innych poglądów, wiary, idei, innych fryzur, muzyki i ubrań. Pracując zarówno z młodymi ludźmi, jak i z dorosłymi, ciągle uczę się tej otwartości. Świadomość tego, że nie tylko nie muszę, ale i nie powinnam mierzyć wszystkich jedną miarą sprawia, że zdecydowanie lepiej się czuję, lepiej pracuję, coraz więcej uczę. Gdybyśmy wszyscy byli jednakowi, jacy bylibyśmy nudni! Po co komu potrzebni byliby wtedy wychowawcy?!

P… problemy, a raczej słowo o ich rozwiązywaniu
Uczniowskie problemy to „specjalność” każdego pedagoga. Umiejętne ich rozwiązywanie czy gotowość niesienia pomocy, gotowość zrozumienia młodego człowieka ma wpływ na to, jakie efekty osiągam i jak postrzegana jest moja praca. Codziennie mam do czynienia z bardzo różnymi  problemami.  Począwszy  od  tych  typowo  szkolnych,  związanych  z  trudnościami w nauce, relacjami pomiędzy uczniami i nauczycielami, po problemy bardzo skomplikowane, dotyczące konfliktów rodzinnych, przemocy, alkoholizmu, rozpadu rodzin, trudności w funkcjo- nowaniu społecznym, depresji, prób samobójczych, uzależnień, wczesnego macierzyństwa, konfliktów z prawem etc.
Jeżeli uczeń już dotrze do mnie, porozmawia, moim zdaniem jest to połowa sukcesu. Część spraw udaje nam się rozwiązać w gabinecie czy w szkole. Ale są również takie problemy, których  rozwiązanie  przekracza  moje  kompetencje,  wówczas  współpracuję  ze  specjalistami z zewnątrz. Jeżeli jest to tylko możliwe, zapraszam do współpracy rodziców. Rozwiązując problemy, staram się udzielić odpowiedniej pomocy i wsparcia. Stosunkowo nieduża różnica wieku pomiędzy mną a uczniami sprawia, że jeszcze „nadążam” za nimi, staram się rozumieć ich sposób myślenia, czy też jestem w stanie współodczuwać to, co przeżywają.
Jasne, że nie jestem w stanie sprostać wszystkim oczekiwaniom, znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, rozwiązać wszystkich problemów. Mam świadomość własnych ograniczeń. I chociaż bardzo się staram, to wciąż tylko pomagam, nie jestem czarodziejem.

R… rodzice – moi najważniejsi partnerzy w wychowaniu
Na początku każdego roku szkolnego staram się pozyskać do współpracy rodziców nowych uczniów. Przyznam, że to zadanie niełatwe, lecz warte podejmowanego trudu. Są tacy, którzy z założenia mówią „nie” szkole, nauczycielom, pedagogom, bo wiedzą lepiej. Cóż, przyj- muję to do wiadomości i pracuję dalej. Jeżeli zaś rodzice mają dobre doświadczenia, dobrze układała im się współpraca z nauczycielami na niższych etapach edukacyjnych, to chętnie przy- chodzą do szkoły, rozmawiają, korzystają z pomysłów, bardzo dbają o kontakt. Bywa, że się zaprzyjaźniamy, a gdy dziecko kończy naukę, pamiętamy o sobie, przesyłamy życzenia czy pozdrowienia. Rodzice są dla mnie najważniejszymi partnerami w wychowaniu. Bez ich gotowo- ści do współpracy i zaangażowania nie osiągnie się zbyt wiele. Zawsze, jeżeli tylko warunki na to pozwalają, staram się tak przyjąć każdego rodzica, jakbym sama chciała być przyjęta. Nigdy na przykład nie prowadziłam klasycznego zebrania z rodzicami. Mam na myśli taki układ: rodzi- ce w ławkach, a ja przy biurku, nieomylna i wszechwiedząca. Mam im udzielać wskazówek, jak mają wychowywać własne dzieci?! Tak naprawdę to ja mogłabym się wiele od nich nauczyć.
Kilka  lat  temu  zrobiłam  eksperyment  z  pomysłem  na  wywiadówkę.  Przygotowałam z uczniami wspólny stół, kupiłam ciastka, zaparzyłam dobrą kawę i przyjęłam rodziców. Choć

dziwnie się wtedy przyglądali, tak już zostało. Czasami ciastka pieką uczniowie, czasami przy- noszą je rodzice. „Moi” rodzice chętnie przychodzą do szkoły, bo wiedzą, że są dla mnie ważni i że ich potrzebuję. Spotkania z rodzicami to oczywiście nie tylko kawa czy ciastka, ale przede wszystkim rzetelna informacja o ocenach i frekwencji, przygotowana na kartkach. Zawsze staram się dopisać o każdym uczniu dodatkowe, pozytywne informacje. Jeżeli coś działo się nie tak, również to odnotowuję, a następnie, już po zebraniu, indywidualnie omawiam z rodzicem. Na forum omawiam jedynie różne ważne wydarzenia w klasie i podejmowane przeze mnie dzia- łania. Myślę, że to ma sens.

S … sojusznicy na wagę złota
To ludzie, bez których nie udałoby mi się osiągnąć wielu celów, jakie stawiam sobie w codziennej pracy wychowawczej. Moimi największymi sojusznikami są moi wychowankowie, którzy nie boją się angażować i podejmować wyzwań, jakie przed nimi stawiam. To wspaniali młodzi ludzie, którzy mają odwagę „iść pod prąd”. Zamiast siedzieć w domu przed komputerem, wolą robić ze mną mnóstwo „zwariowanych rzeczy”.
Sojusznicy – to moi najbliżsi współpracownicy, którzy podobnie jak ja „czują bluesa”
nauczycielskiej pracy. To dzieląca ze mną pokój i biurko – Edyta. To Marysia, Alinka, Dorota, Ania,
„mała” i „duża” Kasia, Henia, Ola czy Halinka, która obecnie mądrze zarządza inną szkołą.
Sojusznicy – to moi byli nauczyciele. To pani Bożenka, moja wspaniała wychowawczyni z podstawówki, z którą do dziś utrzymuję kontakt.
Sojusznicy – to moi mądrzy szefowie, dzięki którym mam dużą niezależność i swobodę działania. Szefowie, którzy mnóstwo wymagają, stawiając poprzeczkę coraz wyżej, ale którzy bardzo dużo dają w zamian, ceniąc moje zaangażowanie i pracę.
Sojusznicy – to moi bliscy, rodzina oraz przyjaciele, którzy stanowią mój największy
„kapitał”.
Sojusznicy – to przedstawiciele różnych instytucji i organizacji pozarządowych, którzy stale podsuwają mi nowe pomysły i inicjatywy wychowawcze.
Reasumując, moi sojusznicy są moim panaceum na wadliwy system edukacji, nieznośnych urzędników, schody i przeszkody organizacyjne, „kubańską biurokrację” i to wszystko, czego nie lubimy w szkole.

T… tzw. toksyny, z przymrużeniem oka
Cóż to za słowo?! Toksyny to ludzie, którzy cieszą się naszym niepowodzeniem. To ci, którzy potrafią się przyssać, i wyssać z nas wszystko, co najlepsze. W kryzysie chętnie poklepią nas po ramieniu, w głębi duszy ciesząc się z tego, że akurat cierpimy. Obgadają, zachęcą do „oddania” komuś, opracują plan zemsty, namówią do niezdrowej rywalizacji, intrygi, „wyko- pania pod kimś dołka”. Po co akurat o nich tutaj piszę? Bowiem każdy z nas dorosłych, nauczy- cieli, wychowawców, rodziców ma do czynienia z takimi ludźmi. Również uczniowie spotykają takich „zatruwaczy”.
Osobiście, staram się otaczać dobrymi ludźmi. Myślę, że każdy dobry wychowawca, nauczyciel, pedagog czerpie swoją siłę właśnie z twórczych i dobrych relacji z innymi.
Bardzo  spodobała  mi  się  wypowiedź  Mateusza  Goli  dotycząca  pomysłu  na  radzenie sobie z takimi toksynami. Powiedział: „Zrozumiałem, że życie jest jak wycieczka w góry.

Najważniejsze jest dotrzeć do schroniska przed zmrokiem. Dlatego jeśli ktoś rzuci w nas kamieniem, obrazi, nastraszy, nie warto tracić czasu na dochodzenie, dlaczego to zrobił. Szkoda czasu na odrzucanie kamieni, planowanie zemsty, rozpacz. Najlepiej uznać: boli mnie ta rana od uderzenia kamieniem, ale idę dalej. Wiem dokąd zmierzam i czemu to dla mnie ważne”.1
Choć to bardzo trudna postawa, to chciałabym ją przekazać moim podopiecznym oraz innym
pedagogom. Działa!

Strony: 1 2 3 4 5

Tags: