Poradnik (nie)przeciętnego wychowawcy

Inny niż ogół, czyli nietzscheanizm naszych sądów
Jednym z najczęstszych przejawów nietolerancji w szkole jest stosunek otoczenia do osób wyróżniających  się  wyglądem.  „Zetnij  te  dredy,  bo  wyglądasz  jak  brudas”,  „Nie  wiesz, że w naszej szkole nie wolno nosić glanów?”, „Czy ty nie masz w domu innych ubrań?”
– czyż nie brzmi to znajomo? Czy rzeczywiście osoba ubierająca się na czarno, mająca dredy lub pięć kolczyków w uchu, a do tego nosząca glany jest gorszym uczniem? Czy wygląd świad- czy  o  poziomie  intelektualnym  naszych  podopiecznych?  Odmienność  ta  powinna  przestać być przedmiotem drwin, a częściej budzić zaciekawienie, wręcz prowokować nas do rozmów o inności, a w konsekwencji do uzewnętrzniania indywidualności przez pozostałych. W końcu piękno świata tkwi w tym, że tyle jest rozmaitości! Ważne przecież, aby w szkole nasz uczeń czuł się sobą, żeby egzystował swobodnie i w duchu poszanowania swojej osoby. Wystarczy przecież, że nasłucha się o swoim wyglądzie od rówieśników, którzy tak często nie rozumieją odmienności. Nie musimy przysparzać mu kolejnych zmartwień. Niech wie, że może liczyć na nasze wsparcie, bo tak buduje się atmosferę zaufania.
Przytoczę tu przykład Zosi, będącej wyznawczynią odmiennej od powszechnie obowiązu- jącej religii. Nigdy nie widziałem jej z rozpuszczonymi włosami bądź w spodniach – zawsze spódnica do kostek, włosy zawiązane w warkocz. Tyle razy słyszałem, jak się z niej podśmiewa- ją, komentują jej sposób bycia czy wygląd. Świetna okazja do przeprowadzenia lekcji wycho- wawczej na temat różnic. W końcu, jak pisał mistrz prostoty słowa – Jan Twardowski: „Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka, (…) byli silni jak konie, (…) jednakowo bezbronni w miło- ści, (…) każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny”. Rozmawialiśmy więc o odmienności, tolerancji, talentach, ideałach. Pozwoliłem sobie nawet na refleksję, że nie ma piękniejszego widoku niż kobieta w spódnicy. Powiedziałem, że wygląda wówczas maje- statycznie. W końcu my, mężczyźni, jesteśmy myśliwymi – bardziej kusi to, co niedostępne,

niż  podane  na  tacy.  Następnego  dnia  chłopcy  zaczęli  przepuszczać  Zosię  w  drzwiach, a dziewczęta przyszły w spódnicach. Nie był to zresztą jedyny efekt tamtej trudnej rozmo- wy. Klasa zapytała mnie o możliwość poprowadzenia lekcji o religiach. Nie jestem specjali- stą w tej dziedzinie, ale poprosiłem, aby wszyscy przynieśli swoje Biblie (mieliśmy luterań- ską, świadków Jehowy, katolicką i zielonoświątkowców). Przeczytaliśmy ten sam fragment ewangelii, który pokazał, jak niewiele nas różni. Inaczej ujęte słowo, inny szyk zdania
– to przecież nic przy ogólnym przesłaniu szacunku oraz miłości bliźniego. Nawet klasowi ateiści słuchali tego dnia uważnie.
W  dzisiejszych  czasach  tematem  drażliwym  jest  homoseksualizm.  Stanowi  on  jeden z największych (a zarazem ogromnie wstydliwych) marginesów jednostkowego życia uczucio- wego. Homoseksualiści żyją obok nas, nawet nie jesteśmy świadomi tego, jak blisko. Często jednak ukrywają swoją orientację, żyją w normalnych związkach z kobietami. Jednak mimo coraz większego poparcia niektórych grup społeczeństwa, homoseksualiści spotykają się z wro- gością. Agresywność wobec ich stylu życia i nietolerancja stają się przyczynkami do nakładania społecznych masek, ukrywania, a także problemów psychicznych czy emocjonalnych. Wielokroć są  napadani  i  atakowani  tylko  lub  między  innymi  dlatego,  że  nie  są  heteroseksualistami (czyt. „normalni”). Wbrew pozorom to także problem szkolny! Kiedyś jeden z uczniów podszedł do  mnie  zapłakany,  mówiąc,  że  nie  może  już  sobie  poradzić  z  presją  i  musi  z  kimś porozmawiać. Wysłałem go do szkolnego pedagoga, jednak odmówił, mówiąc, że usłyszał już od psychologa, u którego szukał wsparcia, że jest wyrzutkiem i powinien się leczyć, bo obraża Boga. Ludzie, w którym wieku my żyjemy?! Czy tak postępuje pedagog? Coś tak błahego, jak  rozmowa,  pomogło  chłopcu uspokoić  się  i  pogodzić z  tym,  kim  jest; bo  jest  przecież przede wszystkim CZŁOWIEKIEM!
Chciałabym w tym miejscu poruszyć kwestię pośrednich skutków homoseksualizmu, które dotknęły osoby preferujące w dziedzinie seksualności płeć odmienną. Obecnie część, niegdyś neutralnych, wypowiedzi oraz zachowań może być i bywa interpretowana jako przejaw homo- seksualizmu. Bardzo często mężczyzna poklepujący innego mężczyznę po ramieniu lub też ramieniem  go  obejmujący  jest  uznawany  za  geja.  Częste  w  szkołach  są  komentarze  typu:
„Ty pedale!”. Gesty przyjaźni stały się zatem gestami “inności” czy wręcz zboczenia, choć współczesna nauka homoseksualizmu do dewiacji nie zalicza. Podobnie dziewczyny idące pod rękę, to już nie para przyjaciółek, lecz para lesbijek. Wypowiedź mężczyzny o tym, że inny mężczyzna jest przystojny, może zostać odebrana jako przejaw skłonności homoseksualnych. A jeśli nawet, bądźmy tolerancyjni wobec inności! Uczmy też młodzież, że przyjaźń to jeden z piękniejszych rodzajów miłości (bezinteresownej), a okazywanie sobie uczucia nie jest niczym, co zasługiwałoby na pogardę.
Wygląd, ubiór, trendy w modzie, religia, orientacja seksualna – to częste przyczyny dyskryminacji w szkole. Nie tylko wśród uczniów, ale i nauczycieli. Nie możemy szufladkować ani kategoryzować ludzi, bo czynimy im krzywdę. Nie ma lepszych czy gorszych – są inni. Szacunek należy się KAŻDEMU, choćbyśmy go nie lubili – to chyba najczęściej słyszane zdanie w mojej klasie. Zwróćmy uwagę na naszych podopiecznych, może któryś potrzebuje naszego wsparcia, pomocnej dłoni, która poprowadzi przez trudy dnia codziennego. W końcu chodzi o psychikę ucznia i godność ludzką. Ja swoją niechęć do inności już przełamałem, choć łatwo nie było. Ale kto powiedział, że wybraliśmy łatwy kawałek chleba?

Granice tolerancji
Nie  należy  zapominać,  że  zagadnienie  tolerancji  istnieje  od  setek  lat.  Już  Perykles w V wieku p.n.e. uznał, że jest ona jedną z podstaw stabilności demokratycznego państwa. Tolerancja oznacza w jego rozumieniu rezygnację z przymusu jako środka wpływania na posta- wy innych ludzi, z wyjątkiem sytuacji zagrażających bezpieczeństwu (nie można mówić o tole- rancji dla przestępców czy psychopatów). Znacznie dłużej trwało osiągnięcie tolerancji związa- nej z obyczajami bądź kulturą odmiennych grup. Obecnie pojawia się problem jej granic, a więc pytanie o to, czy można tolerować wszelkie zachowania i każdą postawę, czy trzeba jednak wyznaczyć pewne granice swojej (szeroko rozumianej, a przyjętej jako postawę społecznie pożą- daną) akceptowalności?
Sporo padło tu słów o odmienności, poszanowaniu godności oraz akceptacji odrębności ucznia. Nie wszystko jednak wolno nam tolerować, bo w klasie zapanuje anarchia. Nauczyciel ma przede wszystkim mądrze, a nade wszystko odpowiedzialnie towarzyszyć uczniowi, stawia- jąc granice i podnosząc poprzeczkę wymagań. Jeśli widzimy, że Marysia, Paweł czy inny uczeń sprawiają swoim zachowaniem kłopoty, musimy umieć sobie z tym poradzić, podjąć się mediacji, by rozwiązać problem. Nie wolno nam zgadzać się na wszystko! Jeden wulgaryzm usłyszany na przerwie może stać się przyczyną – jakże groźnej – agresji słownej. Czy zatem nauczyciel powinien zwracać uwagę uczniom na przerwie lub nawet po szkole? Nie tylko powinien, ma taki obowiązek, w trosce o prawidłowy rozwój ucznia, a także o bezpieczeństwo innych członków społeczności uczniowskiej.
Przytoczę tu dwa przykłady z mojej praktyki, które wyeliminowały (a przynajmniej znacz- nie ograniczyły) zjawiska społecznie niepożądane: wulgaryzację wypowiedzi oraz przywłaszcza- nie wypracowań z Internetu. Jako wychowawca, ale i nauczyciel języka polskiego, w trosce o kulturę wypowiedzi przeprowadziłem lekcję poświęconą przekleństwom oraz wulgaryzmom. Starałem  się  wyjaśnić,  dlaczego  należy  zjawiska  te  ograniczyć.  Zastosowałem  metodę  kija i marchewki, bowiem pokazałem, że wpływają one na ocenę stosowanego języka zarówno w wypowiedziach pisemnych, jak i ustnych. Jednocześnie wyjaśniłem, że używanie wulgary- zmów jest sankcjonowane nie tylko przez normy szkolne czy społeczne, ale także prawne. W tym celu  przytoczyłem  fragment  kodeksu  postępowania  w  sprawach  o  wykroczenia  (art.  141.): Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzy- zwoitych, podlega karze grzywny do 1500 złotych. Zapewniłem przy tym, że nie zawaham się wezwać odpowiednich służb, jeśli usłyszę coś, co będzie gwałtem zadanym moim uszom bądź oczom, a przyniesie zgorszenie innym. Pomogło, teraz przepraszają nawet za użyte w chwili zapomnienia eufemizmy.
I znów coś, co wymaga od nas poświęcenia odrobiny czasu. Żyjemy w dobie komputery- zacji. Dlatego sprawdzając każdą pracę domową, wpisuję jej fragmenty w popularną wyszuki- warkę, upewniając się o samodzielności pracy moich podopiecznych. Nie mam wątpliwości, że ich prace są wynikiem twórczości własnej, zwłaszcza w starszych klasach. W klasach pierw- szych zdarza się jednak, że uczniowie próbują być sprytni i pójść na łatwiznę. Wówczas drukuję odpowiednią stronę internetową, zaznaczam na czerwono skopiowany fragment, po czym podpinam  do  obu  prac  wyciąg  z  kodeksu  (art.  115.):  Kto  przywłaszcza  sobie  autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.

Reakcja jest szokująca, uczniowie są zdziwieni, początkowo buntują się, bronią, ale mam dzięki temu pewność, że następnym razem pisząc swoje prace, wysilą się i zrobią to samodzielnie.
Nie zamierzam bowiem tolerować wulgaryzacji języka ojczystego, oszustwa, plagiatu,
a tym bardziej oceniania ucznia przez pryzmat cudzych słów użytych nie w formie cytatu!

Jednak można inaczej
Współczesna szkoła wymaga od nauczyciela coraz częstszego odchodzenia od tablicy i poszukiwania takich form zajęć, które pobudzą ucznia do twórczej aktywności i intelektualnego wysiłku. Nie jest to proste zadanie w czasach dominacji postrzegania ikonograficznego. Nie chcę powiedzieć, że udało mi się ten cel osiągnąć, ale zbliżam się do niego coraz bardziej z każdym kolejnym rokiem. Proponuję wykorzystanie najbardziej dziś akceptowalnego przez młodzież odbioru  świata  poprzez  multimedia.  Służyć  to  ma  rozbudzeniu  potrzeb  poszukiwawczych i refleksyjnych. Cel ten z pewnością pomoże osiągnąć trafny i różnorodny dobór chociażby dzieł filmowych, które można z powodzeniem prezentować na lekcjach wychowawczych czy w ramach zajęć pozalekcyjnych. Nauczyciel musi stawiać przed uczniami trudne zadanie, jakim jest świadomy i krytyczny odbiór rzeczywistości multimedialnej z jednoczesnym odniesieniem do realiów, w jakich żyjemy. Można tu wykorzystać filmy o przemocy, patologii, szkole itp. Istotnym elementem jest także położenie nacisku na kształcenie w uczniach umiejętności analizowania i oceniania zachowań ludzkich, odnajdywania i nazywania postaw czy definiowa- nia człowieczeństwa. Nie musi to być oczywiście film. Może posłużyć nam książka, program komputerowy, prezentacja, reportaż, ciekawy artykuł, muzyka – ważne, by poruszały aktualne dla młodzieży problemy. Widzieć, osądzić, działać – ta triada na pewno wesprze nas w procesie wychowawczym.

Wychowawstwo to dar i odpowiedzialność
Wrócę na chwilę do wypowiedzianych na początku słów o mojej złości po informacji o przydzieleniu kolejnego wychowawstwa w gimnazjum. Moje spojrzenie na bycie wychowawcą z przykrego obowiązku na szczęście dawno się zmieniło. Dziś cieszę się, że pełnię tę funkcję. To prawdziwa radość, zwłaszcza gdy już się nic nie chce. Zmusza do pracy przede wszystkim nad sobą. Wychowawstwo powoduje moje samodoskonalenie się jako nauczyciela, wychowaw- cy, człowieka. Często pytany o rodzinę, odpowiadam: „No, przecież mam piękną, choć starą żonę – szkołę i całą masę dzieci”.
Nie zawsze było prosto. Składałem już nawet wymówienie. Bywały chwile zwątpienia i ogromnej złości, jak wtedy, gdy musiałem „bawić się w sędzinę Annę Marię”. Sprawa niemalże kryminalna – grożono mojej uczennicy przez telefon, używając słów dalece nieprzyzwoitych. Poprosiłem o wsparcie pedagoga szkolnego (nie wstyd przecież prosić o pomoc!), który przyszedł na lekcję. Tak zaczęliśmy jawną „rozprawę”, przesłuchując kolejnych świadków. Każdy po kolei mówił, co wie na ten temat. Gdy skończyliśmy, jeden z uczniów przyznał się, że plotka wyszła od niego, a nie od ofiary przemocy słownej. Sprawę wyjaśniliśmy do końca. Dziś mam idealny zespół klasowy, który tworzy swoistą wspólnotę i wspiera się nawet kwestiach spornych z nauczycielami. O to przecież mi chodziło. O zgranie załogi mojego wychowawczego okrętu. Teraz podczas dni wolnych od zajęć dydaktycznych, w weekendy, w trakcie wakacji chodzimy razem na kręgle, do kina, na ogniska, jeździmy nad morze. Rezygnuję przez to z róż-

nych spraw osobistych, ale korzyść jest niewspółmierna do inwestycji. Stałem się autorytetem i przyjacielem młodych ludzi. Mam nadzieję, że za rok znów przygarnę „pod swoje skrzydła” jakąś klasę gimnazjalną.

Jestem inny i o tym wiem
Tolerancja jest w modzie, a sam temat staje się powoli przebrzmiały. Najchętniej zamienił- bym to słowo na inne, gdy dziesiąty raz dziennie słyszę je w radiu, w telewizji, przez co nabiera treści pejoratywnych. Dzieci też je słyszą i jeśli nikt nie potraktuje ich słuchania poważnie, za kilka lat będziemy walczyli z kolejną rzeszą nietolerancyjnych dorosłych. Po to tworzono koedukacyjne placówki oświatowe czy oddziały integracyjne, aby młody człowiek od pierw- szych lat życia przyzwyczajał się do obcowania z innymi osobami. Poskutkowało. Po to także kilkuletnie dzieci zaczynają uczyć się obcego języka, aby móc opanować go jak swój ojczysty i umieć się nim posługiwać, przełamując międzynarodowe bariery komunikacyjne. Skutkuje. Po to powinno się rozmawiać z dzieckiem o problemach wszelkich mniejszości, aby nie musiało nawet  wiedzieć,  czym  są  tolerancja  bądź  akceptowanie  innych.  To  będzie  naturalne. Tak być powinno!
Coraz częściej dokonujemy wyborów, automatycznie dzielimy różne sprawy i poglądy na te, z którymi możemy się zgodzić, oraz te, których nie możemy przyjąć do wiadomości. Wraz z pojawieniem się pozytywnego zjawiska tolerancji wzrasta w człowieku odczucie jego negatywnego znaczenia – nietolerancji. Odczuwają ją ludzie biedni, innej nacji, z nałogiem, chorzy, upośledzeni, niepełnosprawni czy z innymi poglądami. Wszystko zaczyna się w przed- szkolu. Dzieci wolą bawić się z kolegami, którzy mają nowe, ładne zabawki, noszą modne i markowe ubrania. Wyśmiewają tych, którzy są gorsi. Możemy się zastanowić, co dzieje się w psychice dziecka, jeśli już na początku swojego życia potępia innych bądź – co gorsza – przez innych zostało potępione. Dlatego w szkole jest jeszcze gorzej – tutaj liczy się przede wszystkim wygląd,  ciuchy,  kosmetyki,  komórka,  komputer,  jakiego  masz  chłopaka  czy  dziewczynę, do jakiej paczki należysz. Nie jest ważne, czy się uczysz i to, że pomagasz innym, młodszym, słabszym, biedniejszym. Środowisko akceptuje bogatych i sprytnych. Żeby być takim jak „oni”, rezygnujesz z bycia sobą. Jeśli tego nie zrobisz, nie będą cię tolerować, nie zaproszą na żadną imprezę, może nawet użyją przemocy, zaczną przezywać, ośmieszać i upokarzać. Wtedy zgubisz swoją osobowość, a przecież w szkole tyle się mówi o tolerancji. Mimo to w miejscu, w którym żyjemy, codziennie zdarza się mnóstwo przejawów agresji i tragedii. Niekoniecznie przecież ktoś musi zginąć z rąk rówieśnika, aby zauważyć rangę zjawiska.
W 2010 roku, w ramach kampanii społecznej „Szkoła bez przemocy”, zostałem uhonoro- wany  zaszczytnym  mianem  Wychowawcy  Roku  z  województwa  zachodniopomorskiego. Było to dla mnie ogromne wyróżnienie, ale jednocześnie wyzwanie i pewna niedogodność. Ciągłe  patrzenie  na  ręce,  ocenianie,  krytykowanie.  Przecież  dobry  wychowawca  nie  może nosić glanów, bransoletki z muliny, mieć irokeza z tyłu głowy, kolczyka w brwi czy w języku
– z takimi zarzutami spotykałem się i wciąż spotykam na co dzień. Na szczęście mam ogromne wsparcie dyrekcji.
No tak. Ubiór, fryzura, piercing, nieszablonowe postępowanie, wymykanie się tradycyj- nym schematom – rzekomo świadczy to o wartości mojej osoby; o tym, jakim jestem nauczycie- lem  czy  człowiekiem!  Mnie,  na  szczęście,  schematyczny  sposób  nauczania  nie  bawi.

Lubię eksperymentować, spędzać czas z młodzieżą, pomagać dzieciakom w ich problemach. Są  często  bardziej  autentyczni  i  szczerzy  niż  niejeden  z  nas  –  nauczycieli,  a  przy  tym ich wdzięczność czy życzliwy uśmiech są najwspanialszą nagrodą, większą niż jakiekolwiek wyróżnienie. Cóż, po prostu jestem INNY. I z tego powodu dumny! Jeśli zaś prawdą jest, że stajemy się takimi, jakimi nas widzą, to jestem świrem, dziwakiem, szaleńcem, człowiekiem, który stanie murem za swoimi podopiecznymi, nawet przeciwko systemowi nauczania i innym nauczycielom. Może dlatego odrzucono moją kandydaturę do nagrody prezydenta miasta. Bardziej jednak satysfakcjonuje mnie nagroda, którą dwukrotnie wyróżniło mnie szefostwo Zespołu Szkół nr 21 – w 2007 i 2009 roku. Jest nią oczywiście możliwość pracy wychowawczej, poświęcenie się „uprawie” ucznia. Z niejednej tak wyhodowanej róży jestem dumny do dzisiaj, bo są piękne i po części moje. Pewnie mam coś w sobie z duszy ogrodnika, ale na pewno
NIE PRZESADZAM 

Najtrudniejszy pierwszy krok
Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy – pisała Wisława Szymborska, a dla mnie był to  wybór  studiów  nauczycielskich:  samodzielny  i  świadomy  (w  tak  młodym  wieku?). Przez pierwsze lata zapoznawano mnie z różnymi teoriami psycho-socjo-filozoficznymi, ułatwia- jącymi życie lub, zwyczajnie, wyrabiającymi pogląd na świat. Na mojej drodze pojawiali się różni mistrzowie tej profesji: szaleni pasjonaci, nowatorscy pedagodzy, ludzie bez przekonania oraz misji, którzy mniej lub bardziej (nie)świadomie wpływali na moje poglądy, przekonania, decyzje co do dalszej (zawodowej) drogi życiowej. Praktyka, czyli praca z dziećmi, dodatkowo utwierdzała mnie w przekonaniu, że moja decyzja jest słuszna. Z dyplomem w garści stanęłam w końcu przed „moją klasą”, przed dziećmi z klasy drugiej, w szkole podstawowej integracyjnej (cokolwiek by to na początku mogło znaczyć). Z jednej strony dano mi możliwość pracy, więc szansę wykazania się, zweryfikowania mojej pierwszej poważnej decyzji, z drugiej – poja- wiły  się  mieszane  odczucia,  strach  mieszał  się  z  chęcią,  obawy  z  nadzieją,  a  obowiązek z przyjemnością.

Ach, jak przyjemnie
Przyjemność w pracy z gromadką moich uczniów – (nie)wyobrażalne, (nie)pojęte przez kadrę  pedagogiczną  (doświadczoną).  Przylgnęła  do  nas  etykieta  „trudnej  klasy”,  z  którą nie da się nic zrobić dydaktycznie i wychowawczo, z którą najlepiej byłoby pracować od…do, nie angażować w żadne inicjatywy (brak właściwego zachowania podczas różnych imprez, brak chęci do (współ)działania. Tak byłoby łatwiej. Ale dla kogo? Dla mnie jako nauczyciela, czy też dla moich uczniów? Co by nam to dało?  Przetrwanie, spokój? Zabrakłoby NAM jednak wielu ważnych wartości, wielu istotnych, wspólnych chwil, wielu rozmów i – przede wszystkim
–  wspólnie  spędzonego  czasu.  Stracilibyśmy  przyjemność  z  bycia  RAZEM,  która  przecież
„w dużej mierze wiąże się z wysiłkiem, jakiego życie stale wymaga”.

„Pedagogika orłów, które nie wchodzą na górę schodami”
Jako nauczyciel próbowałam zbudować solidne schody, po których, z moją pomocą, mieli wchodzić moi uczniowie. Schody, czyli etapy do pokonania. Niektórzy wchodzili bez problemu, osiągając to, co sobie założyłam, inni potrzebowali wsparcia. Czasami wystarczyła tylko moja obecność, a czasami potrzebny był ogrom trudu i pracy, by zrobili choć jeden krok do przodu. Sukces mieszał się z porażką, zwątpienie z nadzieją. Pomogło wsłuchiwanie się w drugą osobę i w jej pragnienia. Najważniejsze jest zbudowanie nie własnych, ale wspólnych schodów.

Próby czasu – jeśli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od początku.
Wspólne schody zaczęłam budować od opracowania kontraktu, zasad, które razem tworzyliśmy i akceptowaliśmy (można powiedzieć, nic nowego). Każdy z nas, z bagażem włas- nych doświadczeń, przeżyć (wyniesionych z domu rodzinnego, ze środowiska rówieśniczego, po części z mediów i własnych przekonań) próbował wnieść do kontraktu coś, co dla niego było ważne, choć niekoniecznie było ważne dla NAS. Uczyliśmy się prostych rzeczy, na przykład, że zwracamy się do siebie po imieniu, że używamy wobec siebie słów grzecznościowych; może wydawać się to niewiarygodne, ale moje dzieci miały z tym duży problem, gdyż wywodzi- ły się ze środowisk, gdzie często atrakcyjniejszy, bardziej popularny lub po prostu naturalny jest slang.
Moim kolejnym celem było „stworzenie” NAS. Moi uczniowie nie mówili o sobie MY. Był Marcin, Rafał, Ania i byłam ja. Mimo to, że moi uczniowie mieli tylko po 8 lat, nie identy- fikowali się jako grupa. Panowała za to między nimi niezdrowa rywalizacja, nieustająca walka, wręcz jedna, wielka agresja. Pierwszą próbą zmiany tej sytuacji było zorganizowanie klasowych zawodów sportowych. I od razu cios w serce. Wydawało mi się, że będzie to atrakcyjna forma zabawy, która przyniesie wspólną satysfakcję i przede wszystkim przyjemność. Niestety, przyniosła wielkie rozczarowanie, gdyż teoria nie przełożyła się na praktykę. Moi uczniowie teoretycznie poparli wspólną, zgodną zabawę, ale próby nie wytrzymali – wszystko skończyło się awanturą, buntami i niechęcią.
Kolejną próbą było zorganizowanie jasełek dla bliskich nam osób. Na próbach bywało różnie, docieraliśmy się, poznawaliśmy i próbowaliśmy swoich granic. Gdy przyszedł jednak ten ważny dla NAS dzień, byłam naprawdę dumna, że udało nam się coś wspólnie stworzyć. Tak powstały podstawy naszej budowli: zaufanie, odpowiedzialność za coś i za kogoś. Poczuliśmy też wspólną przyjemność z realizacji wspólnego przedsięwzięcia, podjętego, wyda- wałoby się, z obowiązku. I to był początek naszej wspólnej wędrówki ku różnym „przygodom”.
Zorganizowaliśmy Dzień Francuski, Dzień Włoski, zaprosiliśmy rodziców na zajęcia otwarte, jeździliśmy na wycieczki, poszliśmy na pizzę. Cały czas, przede wszystkim obecnością, wspierali nas rodzice. Dlatego na zakończenie naszej wspólnej drogi przygotowaliśmy dla nich (ale  głównie  chyba  dla  NAS  samych)  przedstawienie  „Przeżyjmy  to  jeszcze  raz…”,  gdzie od początku do końca, krok po kroku przedstawialiśmy… NAS. Były łzy wzruszenia, pożegna- nia, ciepłe słowa, miłe gesty, ale najważniejsi byliśmyMY.

Moje drogowskazy, czyli okruchy mądrości
W mojej (naszej) pracy nie da się pracować od…do. Tu, w szkole, to nie działa, tak jak nie działają określone czy wypracowane schematy postępowania. Każdy mój uczeń jest inny i każde

moje działanie dotyczy konkretnej osoby. Pamiętam o tym, że nie jestem alfą i omegą, mentorem, który wie wszystko najlepiej, lecz człowiekiem, który ma prawo do błędów, Staram się jednak wyciągać wnioski. Moja praca jest w gruncie rzeczy trochę jak misja (niektórzy powiedzą, że to tylko 18 godzin) – nie ma w niej „gotowców” czy recept na sukces. Z całą pewnością jest przyjemność i satysfakcja, większa od jakiejkolwiek nagrody.
Moja praca często nie daje efektów „tu i teraz”. (Nie)widoczne efekty często zniechęcają. Często zniechęcają też ludzie. Najważniejsze jest, aby być sobą, mieć do siebie szacunek, poczucie własnej wartości i wiarę w swoje zamierzenia. Nie jestem mentorem, mistrzem, który posiadł całą wiedzę, lecz uznaję moich uczniów za partnerów do rozmowy, uczę się od nich. Nie oceniam i nie krytykuję, staram się ich wspierać. Ktoś pewnie spyta: Czego może nauczyć
8-latek? Tylko ten, kto nie pracował z dziećmi, odpowie, że niczego. Ja nauczyłam się od moich uczniów bardzo wiele. Doceniłam to, co od nich dostałam, a otrzymałam prawdziwe chwile radości, przyjemności oraz wdzięczność.
Zdarza się, że moje „akumulatory” wysiadają.  Najlepiej wtedy znaleźć grupkę takich samych pasjonatów, spotkać się i wymienić poglądy, porozmawiać, „nakręcić się” lub tylko ponarzekać. Bardzo pomagają mi moje pasje (kultura i język francuski), które dają odskocznię od pracy, ale też mogę je do niej przenieść (organizowanie Dnia Francuskiego, warsztatów
z językiem francuskim).

„Żeby być kimś, musisz najpierw być sobą”
Bycie sobą jest może sztuką najtrudniejszą, bo często przecież w życiu kogoś gramy czy udajemy. Ja zdaję sobie sprawę z tego, kim jestem, bo dzięki Moim Uczniom poczułam się kimś  wyjątkowym  –  WYCHOWAWCĄ  ROKU  2010  WOJEWÓDZTWA LUBELSKIEGO. To ogromne wyróżnienie, na które nauczyciele czekają nieraz całe życie zawodowe, a mnie udało się  to  już  na  początku  drogi  (co też  niektórzy  mi  zarzucali,  twierdząc,  że  są  nauczyciele, którzy na wyróżnienie to bardziej niż ja zasługują). Zdaję sobie sprawę, że nie jestem ideałem i pewnie nigdy nie będę. Wiem, że cechuje mnie nadmierna skromność i mała asertywność wobec przełożonych. Może właśnie dlatego ciężko mi odmówić podejmowania kolejnych przedsięwzięć zawodowych i trudno pochwalić się sukcesami. Może właśnie dlatego mój tytuł WYCHOWAWCY ROKU 2010 nie został zauważony przez władze oświatowe mojego woje- wództwa (z wyjątkiem organu prowadzącego moją szkołę oraz mojej pani dyrektor). Nie chodzi mi o nagrody pieniężne, ale o gest, podziękowanie, wyrażenie zadowolenia, gdyż  to nie lada sztuka ten tytuł uzyskać. Dlatego słowami piosenki „wszystkim, którzy o mnie pamiętali, dziękuję z głębi mojej duszy”. Szczególnie dziękuję MOIM UCZNIOM. Bez Was nie byłoby tego NASZEGO wspólnego sukcesu

www.szkolabezprzemocy.pl

Być i wspierać…Poradnik (nie)przeciętnego wychowawcy

Ewelina Błaszkowska, Agnieszka Moździerz, Małgorzata Jaworska, Ewelina Abramczyk, Izabela Kotuła, Ewa Olszewska, Krzysztof Gibuła

Strony: 1 2 3 4 5

Tags: